poniedziałek, 26 marca 2012

Boulderfest 2012

Ponoć, to była ostatnia edycja tych kultowych zawodów, które od dziesięciu już lat ściągały rzeszę miłośników balderingu.
Rzeszowski Klub Wysokogórski reprezentowany był przez 10 osobową ekipę, wśród której aż 4 osoby miały szansę na znalezienie się w finale i walkę o pudło. 
Po eliminacjach do finału dostał się Krzysiek Młody Szalacha oraz Paulina Kalandyk. Oboje siłowe baldy eliminacyjne pokonali w tempie i stylu, który dawał nadzieje na pudło. Niestety do finału nie dostał się Mateusz Mati Prokop oraz Monika Monia Wierzejska. Mati ewidentnie nie wstrzelił się z formą na zawody i do finału zabrakło mu 1 balda. Monia natomiast miała pecha. Po pokonaniu 4 baldów, na kolejnym piątym naderwała troczek i zrezygnowała z dalszej rywalizacji. Wielka szkoda, bo finał miała pewny a patrząc na charakter baldów finałowych, mogła liczyć na pudło. 
Reszta ekipy zajęła miejsca odległe od czołówki. Na wzmiankę zasługuje start Michała Pietruchy. Kolega ten pomimo krótkiego stażu, prognozuje materiał na dobrego wspinacza. Niewiele mu brakło by prześcignąć bardziej doświadczonego Szczepana Podolca czy Macieja Bukieta Pawlicę. Bukiet natomiast po ostatnich zawodach w Rzeszowie deklarował, że jeśli przegra z Tomkiem Ostaszem na zawodach w Lublinie to przestaje się wspinać. Biorąc pod uwagę, że zajął o 50 pozycji lepsza lokatę od Tomka deklaracja szczęśliwie przeszła do historii.
Po eliminacjach były balety. Było miło i spokojnie. Nikt publicznie się nie skompromitował, wszyscy dobrze się bawili, więc w sumie to nie ma o czym pisać. 
Finały rozpoczęły się w niedzielę od godziny 12 startem kobiet i mężczyzn w kategorii +45. Trzeba przyznać, że była to najciekawsza część tego dnia. Paulina udowodniła, że nie przypadkiem jest w finale. Duża wytrzymałość i jeszcze większa siła sprawiły, że już od pierwszych wstawek jasne było, że szanse na zwycięstwo są ogromne. Ostatecznie Paulina zajęła drugie miejsce tuż za zwyciężczynią Gosią Rudzińską. Wynik rewelacyjny, zupełnie nie przypadkowy. Patrząc na poziom jaki prezentowała na tych zawodach i regularny wzrost formy, od kiedy to Mati pisze jej treningi, liczyć należy na to, że może być już tylko lepiej.

Poniżej filmiki skręcone telefonem:

video

Na pierwszym planie problem nr 1 oraz Ukrainka (3 miejsce w zawodach) W tle Paulina i problem nr 2

video

Problem nr 2 z innej perspektywy, w akcji Burdzan, później czyściciel Szczepan i Paulina.


Po finałach kobiet były finały mężczyzn. Trudne baldy sprawiły, że tylko Olo Romanowski (1 miejsce) oraz Ukrainiec (nie pamiętam imienia, 2 miejsce) jako tako sobie radzili. Reszta w tym i Młody nie była w stanie nawiązać większej walki. Urabialny był bald nr 5 na którym Młodemu udało się utrzymać top ale bez dołożenia ręki. Pozostałe 4 problemy nie doczekały się przejść. Wprawdzie Olo i Ukrainiec przeszli powyżej połowy na 3 baldach lecz bez topowania. Jeden problem nie przepuścił żadnego zawodnika nawet do połowy. Wobec trudnych przystawek pozostali zawodnicy dzióbali się na pierwszych ruchach. Dlatego właśnie finał kobiet był najciekawszy. Dziewczyny zdecydowanie częściej spadały na górze problemów niż faceci. Ostatecznie Młody pomimo walki do samego końca zajął 9 miejsce.

video

Problem nr 5 w akcji Młody

poniedziałek, 13 lutego 2012

O stylu we wspinaniu. Trzy dni z życia.

Każdy z wyjazdów w Tatry bywa na swój sposób wyjątkowy. Czasem uczysz się czegoś nowego, innym razem przeżywasz przygodę. Masz swój drugi świat.

Dzień pierwszy Warianty Słoweńskie

Wspinanie w czwartek zaczęliśmy późno. Jako cel obraliśmy krótką drogę sportową Warianty Słoweńskie. Wspinaczka przebiegała sprawnie. Wawrzyk (Wawrzyniec Kozłowski) poprowadził pierwszy wyciąg. Z braku schematu, nieświadomie pokonał kluczowe trudności na pierwszych metrach wyciągu drugiego. W trudnościach była liczna w tym roku, krucha trawa. Podczas naszego przejścia, była niczym kopania odkrywkowa. Cały urobek lądował na naszych twarzach. Zwłaszcza Tomek mocno eksplorował to złoże. Nie należy się więc spodziewać, obniżenia trudności tego wyciągu w najbliższym czasie jako, że złoża całkiem zniknęły. Wawrzyk przyznał nam się, do odpoczynku w przelocie z jedynki w kluczowych trudnościach. Kosztowało go to z naszej strony kilka docinek. Za to najwięcej ich oberwało się Tomkowi który, nie miał tego dnia spręża i nie chciał się dalej wspinać, zjechał do podstawy ściany z pierwszego stanu.

 Tomek degraduje kopalnię odkrywkową.

Kontynuowaliśmy. Przejąłem prowadzenie i po przejściu technicznego zacięcia, założyłem stan po prawej, obok zastanej jedynki. Dalszy teren miał być kluczowym wyciągiem za szkockie 8. Miał być, lecz nie był, nie miał więcej jak 5. Gdzie była właściwa trudność? pozostaje zagadką. Jak szedł to Prezlij wytyczając, tę drogę nie mieliśmy pojęcia. Logicznego terenu w okolicy w tych trudnościach nie wypatrzyliśmy. Symultanicznie dokończyliśmy drogę, której jak się okazuje nie zrobiliśmy. Po sześciu godzinach od rozpoczęcia wspinaczki, dupo zjazdem rozpoczęliśmy podróż do podstawy ściany. (Przeglądałem informacje w sieci i dalej nie wiem jak to idzie)

Wieczorem tradycyjne piwo, trochę muzyki. Muzyka łączy, wiedzą wszyscy, więc poznaliśmy ciekawych ludzi którzy, czterdzieści lat chodzą po górach a takiej muzyki jeszcze nie słyszeli i co gorsze słyszeć nie chcieli. Za to wieczorny, swoich kolegów koncert w chrapaniu, uznali za przyjemny dla ucha. Do czego doszli, po naszej propozycji, by chrapiącego obrzucić obuwiem.

Dzień drugi Szare Zacięcie

O poranku pobudka w rytm muzyki którą, nie wszyscy chcieli by, słuchać. Zbieranie i wyjście w ścianę. Na piątek zaplanowaliśmy drogę łatwą i nie długą. Z uwagi na posiadanie schematów tylko Czołówki Mięguszowieckiej, pod nią skierowaliśmy swe kroki. Chcieliśmy spróbować pierwszego przejścia zimowego Lewego Dziadka. Na miejscu okazało się, że droga nie wygląda na zbyt ładny drytooling, więc oczy skierowaliśmy na Szare oraz Czarne Zacięcie. Ostatecznie wbiliśmy na znane przez Tomka Szare Zacięcie. Najładniejszy, pierwszy wyciąg drogi, jak to opisywał Tomek, mi się dostał na zakąskę. Przyznam, że jeszcze nigdy nie wspinałem się równie estetyczną linią. Komfortowa asekuracja, pozwalała na cieszyć się urodą przechwytów. Drugi wyciąg Wawrzyk nie chciał już odsprzedać. Jako, że ta część drogi także nie była zalana lodem, wyciąg ten był równie ładny. Głośno komentowaliśmy prowadzenie Wawrzyka, że jak za A-zeruje lub zrobi AF to odcinamy linę, więc walczył do końca i wyciąg nie tylko przeszedł ładnie ale i szybko. Dalej prowadzenie przejął Tomek i trzema krótszymi wyciągami, wyprowadził nas w okolice zjazdów.

 Końcowe "łatwe" wyciągi w akcji Tomek.

Choć na pokonanych przez niego wyciągach nie miało być prawie żadnych trudności, dopatrzyliśmy się ich sporo. Drogę pokonaliśmy w 6 godzin i 50 minut. Zważywszy na warunki w ścianie i częste zmiany na prowadzeniu, był to dobry czas.

 I znów Tomek :), ostatni wyciąg.

Po wspinaczce, niespiesznie zebraliśmy się i ruszyliśmy w dół. Kolejnego dnia, planowaliśmy wystartować w zawodach drytoolowych w Krakowie. Schodząc od Morskiego Oka, Wawrzyk zatrzymał stopa i do Palenicy dotarliśmy ekspresowo samochodzikiem. Po drodze zgarnęliśmy Tomka który, w przeciwieństwie do Nas, chciał do Palenicy zbiegać. Widząc możliwość zjechania, nie zastanawiał się ani przez chwilę i szybko do nas dołączył.

Po dotarciu do Krakowa, odświeżyliśmy się. Poznaliśmy też drugie oblicze Wawrzyka który, jest jak Janek Muzykant i gra na skrzypcach. Następnie udaliśmy się na miasto.

video
Wawrzyk wymiata na skrzypcach (Sugeruję oglądanie od pierwszej minuty, odsunąłem trochę zakłócającą muzykę która jest w tle)

Dzień trzeci Trytool

Z racji na wieczorną wizytę na mieście poranek przed startem był nieco w biegu. Podczas naszego startu spotkaliśmy koleżankę klubową Aśkę Twardowską. Nie tylko mieliśmy kibica, ale mogliśmy też, liczyć na ciepłe napoje i zorganizowanie brakujących ekspresów. Stokrotne dzięki Aśka.

Zawody rozgrywane były w konkurencji zespołowej. Pierwszy prowadził a drugi przechodził po nim drogę na wędkę. Dopiero po przejściu drugiego punktacja za drogę była zaliczana. Czasu na wspinanie było 2,5 godziny a dróg ok. 18. Każda inaczej punktowana. Generalnie należało się spieszyć. Więc się uwijaliśmy w miarę możliwości.

 Ten z 14 to Ja.

W trakcie pierwszej godziny dowiedziałem się, że Andrzej Marcisz z  Danielem Piskorzem mają o 3 drogi więcej, bo stosują jakąś dziwną technikę. Po chwili asekurując Tomka dostrzegam Marcisza prowadzącego. Ewidentnie wspinał się dość zachowawczo i na pewno wolniej niż ja. Więc o co chodziło? Sekret dostrzegam gdy Andrzej doszedł do stanowiska. Nie zjeżdża na dół, lecz przewiązuje się a partner na dole zawiązuje węzeł tuż za grigri i zaczyna się wspinać. A w zasadzie będąc wyciąganym przez opadającego na dół Marcisza, odpycha się tylko od skały w imitujący wspinanie sposób, by jak najszybciej zaliczyć przejście. Jak się dowiedziałem od sędziego, z racji na licznych słabszych wspinaczy, dopuszczono, by jeśli drugi nie daje rady, to może drogę pokonać korzystając z ekspresów czy liny. Na co dodał, że jego zdaniem jest to oszustwo, oraz, że każdy liczący na zwycięstwo zespół, powinien wspinać się czysto. Widocznie podobne zdanie miała większość, która w naszej okolicy wspinała się klasycznie zarówno pierwszy jak i drugi. Ta komedia spotkała się z naszymi publicznymi głośnymi opiniami. Docinki wymyślaliśmy różne. Sugerowaliśmy chłopakom, by drugiego na holu samochodu wciągać, droga będzie szybciej zaliczona.



Tomek

Byliśmy pierwszym zespołem wliczając tylko drogi pokonane uczciwie a piątym po Krakowsku. O ile mogę zaakceptować to, że niektóre zespoły w chwili słabości korzystały z ekspresów to tylko dlatego, że dalej te osoby wspinały się klasycznie a przynajmniej próbowały a, że regulamin tak samo traktuje przejście klasyczne jak A0, AF, nie ich wina.

Na rozdaniu nagród Andrzej Marcisz pochwalił się, że rano powiedział do organizatorów „przyjechałem wygrać te zawody i tak zrobiłem”. Ja jadąc na te zawody nie zagłębiałem się w regulaminy. Punktacja była naliczana za przejścia zespołowe. To był fajny pomysł, w końcu to tak jak w górach, jak cały zespół nie przejdzie, to nie przejdzie nikt. Liczyła się zabawa i sportowa rywalizacja zespołów. Na tych zawodach, poznałem jak bardzo środowisko drytoolowe jest różne. To nie tylko taternicy marzący o swej przygodzie w górach. To także sportowcy, także i ci dla których przechytrzenie innych to zwycięstwo. Cieszę się, że nie wiedzieliśmy o tym, że oszukiwanie jest dopuszczalne. Nie mieliśmy niepotrzebnych rozterek i mogliśmy obaj fajnie się po wspinać.

Sukces i trzecie miejsce zajął nasz kolega klubowy Wawrzyk z Tomkiem Lewandowskim. Wawrzyk prowadził drogi w ładnym stylu. Tylko długie, dobrze punktowane no i klasycznie w 100%. Styl zespołu, nieco posuł jego partner który, pod wpływem emocji przy gorącym naszym dopingu, pod koniec drogi, by zmieścić się w ostatnich sekundach tej tury i zaliczyć drogę, koniec przeszedł po wszystkim. Co naszemu koledze, także się nie spodobało. 


Wawrzyk i Tomek Lewandowski.

Organizatorom pragnę podziękować za piękne drogi i cały trud organizacyjny.  Życzę, by w przyszłym roku nie zapomnieli, że styl we wspinaniu które bezpośrednio z gór się wywodzi powinien być ważny i uwzględnili to w regulaminie.

 Po co rywalizacja zespołowa? Skoro drugi jest tylko balastem, który należy przeciągnąć z punktu A do punktu B, by zaliczyć drogę.

piątek, 20 stycznia 2012

Kolorowa przyszłość

Drytooling to możliwość uczenia się czegoś nowego we wspinaniu niezależnie od stażu. To jak poznawać, że baldering, lądowaniem w błocie skończyć się może, że lot w skałach to uczucie szmaty czasem, tak dziś podczas treningu w drytoolingu dowiedziałem się jak cios młotkowy siada na szczękę. Jakaż to świetlaną przyszłość wróży dla ożywienia środowiska drytoolowego poprzez zainteresowanie tym sportem środowiska kibolskiego. Jako, że łączniki ze środowiskiem kibolskim w RKW mamy, przyszłość wróży się doskonale.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Innominata

Wyjazd zaczął się od koszmarnych 6 godzin spędzonych na zakopiance. Podczas których przećwiczyłem wszystkie możliwe pozycje prowadzenia auta. Włącznie z siadem tureckim. Po drodze zakupiłem jeszcze sanki zgodnie ze słuszną sugestią Tomka. Przynajmniej droga do schroniska przebiegła szybciej niż gdybym miałbym wszystko dźwigać na plecach.
W schronie spotkałem Tomka który brylował opowiadając jakieś straszne historie tak, że już zza zamkniętych drzwi było go słychać. Pojawił się również Józek z którym Tomek się w ten dzień wspinał. Zaproponował na wstępie, "no to co jutro Innominata?". Propozycja jak pod moje ucho więc od razu przystałem. Mając na uwadze wieczorną balangę w drogę wystartowaliśmy o 8 rano.
 Józek w starym schronisku.
 Pierwszy wyciąg, zabawne miejsce gdzie należy wejść na wielkiego skalnego kutasa a następnie wykonać kluczową sekwencję.
 Pierwszy stan, wspólny dla sąsiedniego Długosza i Innominaty
 Widok ze stanu nr 3. Przed nami Gośka z teamu na Długoszu. Dziewczyna klęła równo. My jesteśmy jakieś 15 metrów z prawej. Na trawersie nie założyłem asekuracji bo nie było z czego. Józef doszedł do trawersu i krzyczy "co jest, ja nie idę" zerknął na Tomka który już przeszedł trudności "Tomek to przeszedł bez asekuracji?, to ja też muszę" no i przeszedł.
Przed ostatni kluczowy odcinek pokonuję o zmierzchu. Chłopaki jak do mnie doszli z małpy to wyglądali na co najmniej równie zmęczonych jak nie bardziej.
Z uwagi na pozostawiony pod ścianą depozyt z drogi wycofaliśmy się zjazdami.
O poranku dnia następnego nie mogąc wstać po delikatnej imprezie zrozumiałem jak wielkim poświęceniem był dla chłopaków ten dzień. Dali radę, dali.
Polak na bani/kacu nie tylko auta prowadzić potrafi.

czwartek, 12 stycznia 2012

Nowa droga na Łomnicy: Niekończąca się opowieść

Pod wyciąg dojechaliśmy wieczorem w piątek. Nocleg zorganizowaliśmy sobie pod pawilonami handlowymi. Z racji ciepłych śpiworów było komfortowo. Z rana obsługa kolejki nie chciała nas wpuścić wraz z pierwszym kursem technicznym. Wobec tego pod drogą z uwagi na dużą ilość świeżego śniegu byliśmy dopiero około godziny 12.
Główny cel wytyczenie nowej drogi środkiem ściany odłożyliśmy na inny termin z uwagi na zbyt późną porę oraz kiepskie warunki w ścianie. Wstępnie pod ścianą zdecydowaliśmy się wspiąć drogą Motyki jednak schodząca tamtędy lawina gdy się szpeiliśmy zweryfikowała nasze plany. Tomek zaproponował byśmy wbili się po lewej od drogi Żeny, nowym terenem. Tak też zrobiliśmy.
Podejście pod ścianę miejscami było wspinaczkowe.
Było też i sporo torowania w świeżym śniegu.
Pierwszy wyciąg wiódł ładnym terenem za ok M7. Później było już bardzo dużo torowania, ponieważ po pierwszym wyciągu ściana dość mocno się kładła. Wspin kontynuowaliśmy symultanicznie.
Już na samym początku wspinu cała ściana spowiła się w chmurach. co nie nastrajało optymistycznie.
Po nastaniu ciemności wspinaliśmy się dalej. Z uwagi na zimno pomimo posiadania dwóch aparatów nikomu nie chciało się ich wyciągać by robić zdjęcia. Dalsza droga wiodła terenem łatwym. Miejscami na grani prowadzącej do szczytu, pojawiały się jakieś trudności, nie przekraczające M6+. Z nastaniem zmroku pojawił się mocny mróz, chmury opadły, co znacząco poprawiło nam humory. Pokonywane żleby w tych warunkach wydawały się nieco bezpieczniejsze. Górny odcinek ok 60 m przed szczytem to była prawdziwa orka w głębokim śniegu. Z uwagi na symultaniczny wspin przez cały czas przedzierania się próbowałem znaleźć jakąkolwiek asekurację, a tu nic. W połowie pola śnieżnego, orzę pole i udaje mi się odnaleźć bednarkę od uziomu do której zakładam pewnego pewnego punkt. Jeszcze jakiś pręt wbity w ścianę i asekuracja wydaje się bardzo dobra. Ogólnie całość tego odcinka pokonywałem w takim schemacie. Wydarcie 3 metrów liny, lina w zęby, orzemy w śniegu całym ciałem i znów powtórka.
Na szczycie w stacji kolejki zameldowaliśmy się o godzinie 2 w nocy. Tomek ostukał wszystkie okna i jakaś dobra dusza otworzyła nam drzwi. Nie tylko pozwoliła przespać się w przedsionku ale także dała nam 2 litry wody. Z czego szczególnie byliśmy radzi ponieważ w ścianę wzięliśmy mało płynów, bo mieliśmy Jetboila. Jednak pieprzony amerykański wynalazek odmówił już drugi raz od czasu zakupu posłuszeństwa (Na łącznie 3 lub 4 użycia)
Byliśmy tak szczęśliwi tym, że nie musimy już marznąć, że nie chciało nam się zupełnie klarować sprzętu i szybko nasze szczęście postanowiliśmy zrealizować.
Realizujemy Nasze szczęście.
O poranku wyszliśmy się przeszpeić. Czekał nas bajeczny wschód słońca na Łomnicy.

video

Obowiązkowa sesyjka. Już chciało Nam się robić zdjęcia.

Na koniec luksus czyli zjazd za 10 euraczy kolejką. Niestety jak dupy nie wzięliśmy w ścianę ołówków, by zrobić topo. Nie jestem w stanie z pamięci zrobić dobrego schematu.
 Poniżej na foto topo z tatry.nfo na niosłem linię Naszej wspinaczki kolor jasno zielony z lewej

"Niekończąca się opowieść" M7 (za 1 wyciąg) Autorzy: Tomasz Ostasz, Lawrence Kozłowski, Maciej Bedrejczuk RKW Team. Czas przejścia 14 godzin. Droga długa, łatwa, ładna. W sprzyjających warunkach pogodowych do przejścia w dużo lepszym czasie. Przejście odbyło się w grudniu 2011 bez większych przygód z pięknym porankiem na szczycie.

środa, 21 grudnia 2011

Jedziemy na Łomnicę

Spróbujemy wspiąć się Łomnicą od strony południowej. Jeśli warunki pozwolą podejmiemy próbę wytyczenia nowej drogi. Oby wszystko zagrało jak należy.

A tu zdjęcie ściany z tatry.nfo