Każdy z wyjazdów w Tatry bywa na swój sposób wyjątkowy. Czasem uczysz się czegoś nowego, innym razem przeżywasz przygodę. Masz swój drugi świat.
Dzień pierwszy Warianty Słoweńskie
Wspinanie w czwartek zaczęliśmy późno. Jako cel obraliśmy krótką drogę sportową Warianty Słoweńskie. Wspinaczka przebiegała sprawnie. Wawrzyk (Wawrzyniec Kozłowski) poprowadził pierwszy wyciąg. Z braku schematu, nieświadomie pokonał kluczowe trudności na pierwszych metrach wyciągu drugiego. W trudnościach była liczna w tym roku, krucha trawa. Podczas naszego przejścia, była niczym kopania odkrywkowa. Cały urobek lądował na naszych twarzach. Zwłaszcza Tomek mocno eksplorował to złoże. Nie należy się więc spodziewać, obniżenia trudności tego wyciągu w najbliższym czasie jako, że złoża całkiem zniknęły. Wawrzyk przyznał nam się, do odpoczynku w przelocie z jedynki w kluczowych trudnościach. Kosztowało go to z naszej strony kilka docinek. Za to najwięcej ich oberwało się Tomkowi który, nie miał tego dnia spręża i nie chciał się dalej wspinać, zjechał do podstawy ściany z pierwszego stanu.
Tomek degraduje kopalnię odkrywkową.
Kontynuowaliśmy. Przejąłem prowadzenie i po przejściu technicznego zacięcia, założyłem stan po prawej, obok zastanej jedynki. Dalszy teren miał być kluczowym wyciągiem za szkockie 8. Miał być, lecz nie był, nie miał więcej jak 5. Gdzie była właściwa trudność? pozostaje zagadką. Jak szedł to Prezlij wytyczając, tę drogę nie mieliśmy pojęcia. Logicznego terenu w okolicy w tych trudnościach nie wypatrzyliśmy. Symultanicznie dokończyliśmy drogę, której jak się okazuje nie zrobiliśmy. Po sześciu godzinach od rozpoczęcia wspinaczki, dupo zjazdem rozpoczęliśmy podróż do podstawy ściany. (Przeglądałem informacje w sieci i dalej nie wiem jak to idzie)
Wieczorem tradycyjne piwo, trochę muzyki. Muzyka łączy, wiedzą wszyscy, więc poznaliśmy ciekawych ludzi którzy, czterdzieści lat chodzą po górach a takiej muzyki jeszcze nie słyszeli i co gorsze słyszeć nie chcieli. Za to wieczorny, swoich kolegów koncert w chrapaniu, uznali za przyjemny dla ucha. Do czego doszli, po naszej propozycji, by chrapiącego obrzucić obuwiem.
Dzień drugi Szare Zacięcie
O poranku pobudka w rytm muzyki którą, nie wszyscy chcieli by, słuchać. Zbieranie i wyjście w ścianę. Na piątek zaplanowaliśmy drogę łatwą i nie długą. Z uwagi na posiadanie schematów tylko Czołówki Mięguszowieckiej, pod nią skierowaliśmy swe kroki. Chcieliśmy spróbować pierwszego przejścia zimowego Lewego Dziadka. Na miejscu okazało się, że droga nie wygląda na zbyt ładny drytooling, więc oczy skierowaliśmy na Szare oraz Czarne Zacięcie. Ostatecznie wbiliśmy na znane przez Tomka Szare Zacięcie. Najładniejszy, pierwszy wyciąg drogi, jak to opisywał Tomek, mi się dostał na zakąskę. Przyznam, że jeszcze nigdy nie wspinałem się równie estetyczną linią. Komfortowa asekuracja, pozwalała na cieszyć się urodą przechwytów. Drugi wyciąg Wawrzyk nie chciał już odsprzedać. Jako, że ta część drogi także nie była zalana lodem, wyciąg ten był równie ładny. Głośno komentowaliśmy prowadzenie Wawrzyka, że jak za A-zeruje lub zrobi AF to odcinamy linę, więc walczył do końca i wyciąg nie tylko przeszedł ładnie ale i szybko. Dalej prowadzenie przejął Tomek i trzema krótszymi wyciągami, wyprowadził nas w okolice zjazdów.

Końcowe "łatwe" wyciągi w akcji Tomek.
Choć na pokonanych przez niego wyciągach nie miało być prawie żadnych trudności, dopatrzyliśmy się ich sporo. Drogę pokonaliśmy w 6 godzin i 50 minut. Zważywszy na warunki w ścianie i częste zmiany na prowadzeniu, był to dobry czas.
I znów Tomek :), ostatni wyciąg.
Po wspinaczce, niespiesznie zebraliśmy się i ruszyliśmy w dół. Kolejnego dnia, planowaliśmy wystartować w zawodach drytoolowych w Krakowie. Schodząc od Morskiego Oka, Wawrzyk zatrzymał stopa i do Palenicy dotarliśmy ekspresowo samochodzikiem. Po drodze zgarnęliśmy Tomka który, w przeciwieństwie do Nas, chciał do Palenicy zbiegać. Widząc możliwość zjechania, nie zastanawiał się ani przez chwilę i szybko do nas dołączył.
Po dotarciu do Krakowa, odświeżyliśmy się. Poznaliśmy też drugie oblicze Wawrzyka który, jest jak Janek Muzykant i gra na skrzypcach. Następnie udaliśmy się na miasto.
Wawrzyk wymiata na skrzypcach (Sugeruję oglądanie od pierwszej minuty, odsunąłem trochę zakłócającą muzykę która jest w tle)
Dzień trzeci Trytool
Z racji na wieczorną wizytę na mieście poranek przed startem był nieco w biegu. Podczas naszego startu spotkaliśmy koleżankę klubową Aśkę Twardowską. Nie tylko mieliśmy kibica, ale mogliśmy też, liczyć na ciepłe napoje i zorganizowanie brakujących ekspresów. Stokrotne dzięki Aśka.
Zawody rozgrywane były w konkurencji zespołowej. Pierwszy prowadził a drugi przechodził po nim drogę na wędkę. Dopiero po przejściu drugiego punktacja za drogę była zaliczana. Czasu na wspinanie było 2,5 godziny a dróg ok. 18. Każda inaczej punktowana. Generalnie należało się spieszyć. Więc się uwijaliśmy w miarę możliwości.
Ten z 14 to Ja.
W trakcie pierwszej godziny dowiedziałem się, że Andrzej Marcisz z Danielem Piskorzem mają o 3 drogi więcej, bo stosują jakąś dziwną technikę. Po chwili asekurując Tomka dostrzegam Marcisza prowadzącego. Ewidentnie wspinał się dość zachowawczo i na pewno wolniej niż ja. Więc o co chodziło? Sekret dostrzegam gdy Andrzej doszedł do stanowiska. Nie zjeżdża na dół, lecz przewiązuje się a partner na dole zawiązuje węzeł tuż za grigri i zaczyna się wspinać. A w zasadzie będąc wyciąganym przez opadającego na dół Marcisza, odpycha się tylko od skały w imitujący wspinanie sposób, by jak najszybciej zaliczyć przejście. Jak się dowiedziałem od sędziego, z racji na licznych słabszych wspinaczy, dopuszczono, by jeśli drugi nie daje rady, to może drogę pokonać korzystając z ekspresów czy liny. Na co dodał, że jego zdaniem jest to oszustwo, oraz, że każdy liczący na zwycięstwo zespół, powinien wspinać się czysto. Widocznie podobne zdanie miała większość, która w naszej okolicy wspinała się klasycznie zarówno pierwszy jak i drugi. Ta komedia spotkała się z naszymi publicznymi głośnymi opiniami. Docinki wymyślaliśmy różne. Sugerowaliśmy chłopakom, by drugiego na holu samochodu wciągać, droga będzie szybciej zaliczona.

Tomek
Byliśmy pierwszym zespołem wliczając tylko drogi pokonane uczciwie a piątym po Krakowsku. O ile mogę zaakceptować to, że niektóre zespoły w chwili słabości korzystały z ekspresów to tylko dlatego, że dalej te osoby wspinały się klasycznie a przynajmniej próbowały a, że regulamin tak samo traktuje przejście klasyczne jak A0, AF, nie ich wina.
Na rozdaniu nagród Andrzej Marcisz pochwalił się, że rano powiedział do organizatorów „przyjechałem wygrać te zawody i tak zrobiłem”. Ja jadąc na te zawody nie zagłębiałem się w regulaminy. Punktacja była naliczana za przejścia zespołowe. To był fajny pomysł, w końcu to tak jak w górach, jak cały zespół nie przejdzie, to nie przejdzie nikt. Liczyła się zabawa i sportowa rywalizacja zespołów. Na tych zawodach, poznałem jak bardzo środowisko drytoolowe jest różne. To nie tylko taternicy marzący o swej przygodzie w górach. To także sportowcy, także i ci dla których przechytrzenie innych to zwycięstwo. Cieszę się, że nie wiedzieliśmy o tym, że oszukiwanie jest dopuszczalne. Nie mieliśmy niepotrzebnych rozterek i mogliśmy obaj fajnie się po wspinać.
Sukces i trzecie miejsce zajął nasz kolega klubowy Wawrzyk z Tomkiem Lewandowskim. Wawrzyk prowadził drogi w ładnym stylu. Tylko długie, dobrze punktowane no i klasycznie w 100%. Styl zespołu, nieco posuł jego partner który, pod wpływem emocji przy gorącym naszym dopingu, pod koniec drogi, by zmieścić się w ostatnich sekundach tej tury i zaliczyć drogę, koniec przeszedł po wszystkim. Co naszemu koledze, także się nie spodobało.
Wawrzyk i Tomek Lewandowski.
Organizatorom pragnę podziękować za piękne drogi i cały trud organizacyjny. Życzę, by w przyszłym roku nie zapomnieli, że styl we wspinaniu które bezpośrednio z gór się wywodzi powinien być ważny i uwzględnili to w regulaminie.
Po co rywalizacja zespołowa? Skoro drugi jest tylko balastem, który należy przeciągnąć z punktu A do punktu B, by zaliczyć drogę.